Najzabawniejsze jest to, że było dokładnie tak, jak opisuję, słowo, nic nie zmyślam.
Środa. Po dyżurze dla odreagowania udaję się spacerkiem na Stary Rynek. Trochę ruchu dobrze mi zrobi. Ale skoro już tam będę, to może do “Avanti”? Pieprzyć odchudzanie! Chcę się wreszcie NAJEŚĆ. Biorę jak za dawnych czasów półtorej z bolońskim, podwójny parmezan, sałatkę serową i małą colę. (Wiem, szmata jestem, ale warto było :).
Ale nie o tym miało być. Właściwym miejscem akcji był mianowicie przystanek autobusowy przy ul. Garbary naprzeciwko banku, dokąd udałem się rozmyślając nad tym, jak to będzie pięknie, gdy wznowię treningi w “Niku”. Bo przecież w końcu kiedyś tam wrócę, prawda?
Autobus oczywiście uciekł mi sprzed nosa. Korzystając z tego, że akurat przestało padać, sięgnąłem do torby po coś do czytania. Przypomniało mi się, że w pracy kolega dał mi wycinek (właściwie wydzierek, bo kilka stron tego było) z GW z jakimś ciekawym tekstem. Wyjąłem go, włożyłem na chwilę do bocznej kieszeni kurtki, żeby wygodnie obiema rękami zapiąć torbę. Zajęty zamkami kątem oka zauważyłem samochód wjeżdżający z impetem w zatokę… Nagle CHHLUST! W ułamku sekundy zawartość największej kałuży przy krawężniku znalazła się na moich (nowych!) spodniach i kurtce, o gazecie nie wspomnę. Teraz nie tylko czułem się jak szmata, ale adekwatnie do tego wyglądałem. Przez moment stałem jak sparaliżowany. Doszedłszy do siebie, otrzepałem się z grubsza i ruszyłem w stronę czarnego audi “A” ileśtam, które stało na końcu zatoki. W samochodzie nikogo nie było, spojrzałem na rejestrację – NIEMIECKA. Pierwsza myśl – Polak mieszkający w Niemczech, przecież Niemiec nie zaparkowałby w miejscu, gdzie obowiązuje zakaz zatrzymywania się! Nie, kurna, nie odpuszczę mu. Zaczekam na gnojka i przynajmniej powiem mu parę słów. Tymczasem nadjechał autobus, pozostali obryzgani odjechali.
Kilka minut później po drugiej stronie ulicy pojawia się mężczyzna około 50-tki. Ciemny garnitur (już z daleka widać, że jakiś boss albo armani), buty wypolerowane na glanc, nieskazitelnie biała koszula, spinki itd. Idzie od strony banku, to musi być on. No i rzeczywiście, przebiega przez ulicę w kierunku samochodu. Chce otwierać drzwi, a ja do niego nie ukrywając zdenerwowania:
- Chwileczkę, czy pan nie widział, co pan zrobił?
Ten rozkłada ręce, kręci głową, że niby nie rozumieć.
Przełączyłem na niemiecki:
- Gdzie się pan nauczył takich manier? Jest pan tak głupi, tak arogancki czy ślepy?
A on z uśmiechem, wyluzowany:
- Przepraszam, nie widziałem. Ja panu oczywiście zapłacę za czyszczenie. Ile to kosztuje?
Wyciąga z kieszeni pęk wymiętych banknotów o różnych nominałach.
- Ja wiem, co było w tej kałuży? Może da się to doczyścić a może nie. Ale mi właściwie nie chodzi o pieniądze …
Czuję jak uchodzi ze mnie złość. Facet rozbraja mnie spokojem, uprzejmością, zaczyna mi się robić jakoś głupio, pojawiają się pierwsi gapie.
- No ale skoro pan czekał …., nie ma sprawy, te pieniądze się panu należą, ma pan rację. Proszę!
Wyciąga w moją stronę 20 zł.
W tym miejscu, drodzy przyjaciele, audiotele: Czy na moim miejscu przyjęlibyście te pieniądze?
TAK czy NIE?
Czekam na odpowiedzi. W stosownym czasie powiem, co zrobiłem.
Dziś znalazłem w torbie jakiś pomarszczony kawałek gazety. Okazało się, że to ów artykuł z Wyborczej, który widać wtedy odruchowo do niej włożyłem. Delikatnie rozwijam … – “Hamlecik, z Peterem-Piotrem Lachmannem rozmawia Teresa Torańska.” Tuż poniżej wielką czcionką zajawka: “Zapytała pani, dlaczego Niemcy nienawidzą Polaków. Oni was nie nienawidzą. Szukam właściwego słowa … Już mam … Olewają”.
:-)