Archiwum

Archiwum kategorii ‘moje_brzdąkanie’

Waltzing Matilda

03/09/2007 McBor 13 komentarzy

Obserwując co się w tym kraju wyprawia nie sposób nie myśleć o wyjeździe. Chciałoby się gdzieś daleko i najlepiej na zawsze. Na takie stany dobrze robi pójść na siłownię, albo pograć na gitarze. Wybrałem to drugie i tak wylądowałem myślami w Australii.
Wszystko za sprawą Waltzing Matilda.
Wbrew pozorom bohaterką tej powstałej pod koniec XIX w. ballady nie jest tańcząca dziewczyna o imieniu Matylda, lecz czeladnik-włóczęga, który podczas swej wędrówki (waltzing) kradnie owcę, ukrywa ją w swym – dziś powiemy – śpiworze (matilda) a gdy zbliża się policja, by go pojmać, woli utonąć w stawie niż dać się wziąć żywcem.
Waltzing Matilda to najpopularniejsza melodia ludowa Australii, doczekała się setek wykonań. Grano ją jako półoficjalny hymn podczas Olimpiady w Montrealu w 1976 r. Rok później w powszechnym referendum przegrała jednak z Advance Australia Fair, najprawdopodobniej z powodu dość kontrowersyjnego jak na hymn państwowy tekstu.
O tym, jak ważna to pieśń dla Australijczyków, świadczy ogrom materiałów jej poświęconych na stronach National Library of Australia. Są tam historia powstania, interpretacje, rękopisy, nuty, rysunki, fotografie itd. Można też posłuchać archiwalnych nagrań.

A oto moja skromna wersja po trzech smirnoffach z colą:

McBor – Waltzing Matilda

carmen cafe bar blues – gościnna notka pana Chrabjego

07/07/2007 McBor 2 komentarzy

Jednemu facetowi odbiło w temacie grania, więc kopnął drugiego, takiego bardziej tępawego muzycznie – znaczy w sensie, że słuchać, to i słucha, ale zaśpiewać, albo zagrać, to…
Nie! źle! Inaczej było!
Trzeba zacząć od początku. Najpierw się takich dwóch wzajem podziwiało, potem o duperel kompletny wzajem się zwyzywało, by spory czas później spędzić razem najdziwniejszego z dziwnych Sylwestra – bo w oddaleniu o 300 kilometrów, bo z połówką “absoluta” pod ręką, bo tocząc leniwą, nocną rodaków rozmówkę, bo podsyłając sobie wzajem mp3jki z toastami. Potem jeden zachwycił się grą drugiego, potem się urodził pomysł zrobienia “gadanego” bluesa – tak trochę a la “Pieśń nadterminowych”, potem były dwa podkłady, potem jeden zrealizowany tekstowo-muzyczny wygłup, a potem: “wiesz do tego wolnego to może inny tekst…?”
No i jest tekst. Tekst mówiony, bo śpiewać nie potrafię – feler taki: słyszę, słyszę najdrobniejszy fałsz, leciutkie zgubienie rytmu, ale za ciężkich choler sto nie potrafię tego, czego słyszę zreprodukować.
I jest muzyka. Słuchajcie sobie, słuchajcie uważnie, słuchajcie gitary, co płacze razem z tekstem. Bo razem z tym tekstem to i ja zawsze płaczę, bo mówi on o autentycznych miejscach i autentycznych ludziach. Miejscach i ludziach mojej młodości. Miejscach i ludziach, których już nie ma. To właśnie jest ten “gadany” blues czyli carmen cafe bar blues.
Raz w życiu poczułem – wiem, że to zarozumiałość – co to znaczy robić muzykę.

Chrabja

Chrabja & McBor: Carmen cafe bar blues (tekst, wokal – Chrabja, reszta – McBor)

McBor: Carmen cafe bar blues (wersja karaoke :-)

McBor: Warto dodać, że z Chrabją poznaliśmy się w Sieci i do dziś nigdy w tzw. realu się nie spotkaliśmy. Plik z nagranym w dość partyzanckich warunkach wokalem Chrabja dostarczył mailem. Obrobiłem i posklejałem jak umiałem. Wiem, że gitara tu i ówdzie gubi rytm, ale umówmy się, że tak miało być ;-).
Andy, jeszcze raz, zgodnie z życzeniem McBor: Whole Lotta Love. Jako szczenię liczyłem czas od MiniMaxa do MiniMaxa Piotra Kaczkowskiego. Nawet nie wiem, czy ta audycja jeszcze istnieje.

dze solo

31/05/2007 McBor 1 comment

Miast zżymać się na 52% poparcia społecznego dla Zerominatora i uTuskiwać na resztę kaczystów & co., trochę się jeszcze polansuję.
W zasadzie nie przepadam za rapem, polskiego hip-hopu w większości wręcz nie cierpię prawie jak Moniki Olejnik i Piotra Semki (chociaż nie aż tak jak Cezarego Michalskiego), no i nie może mnie nie razić wulgarność Eminema. Mimo to, gdy usłyszałem kiedyś w radiu TEN numer (tytułu nie podam, bo baaardzo niecenzuralny) przez wiele dni nie mogłem się uwolnić od głównego motywu. Zacząłem go sobie pobrzdąkiwać i tak się nakręciłem, że wyszła z tego w końcu solówka, rzecz zdaje się w tym gatunku zakazana.
Podkład zmajstrowany na komputerze, gitara – fender stratocaster + boss gt-5.

McBor meets Eminem.mp3

Vincent (starry, starry night)

24/04/2007 McBor 2 komentarzy

To jedna z tych piosenek, które słyszałem od dziecka setki razy i ciągle tak samo mocno na mnie działa. Śpiewał ją Don McLean, ten od American Pie. Niedawno usłyszałem wersję Cheta Atkinsa zagraną solo na gitarze klasycznej. Okazuje się, że ta melodia broni się nawet, gdy pozbawić ją nastrojowego tekstu inspirowanego obrazami van Gogha, który nb. dzięki McLeanowi stał się jeszcze bardziej znany w Ameryce i nie tylko.

W przeciwieństwie do mistrza zagrałem ją (trochę z konieczności, trochę z wygodnictwa) na elektrycznym Ibanezie podpiętym do Bossa GT-8.

Oto, co z tego wyszło: McBor-Vincent.mp3

Oryginalne wykonanie Don McLeana ilustrowane obrazami Vincenta